Toskania, że Mucha nie siada!

thumb_DSC_0018_1

Toskania, że mucha nie siada, Anny Muchy. O tej książce trąbiono już niemal wszędzie. Sięgnęłam po nią by skonfrontować Toskanię autorki z moją własną Toskanią sprzed roku. Wyszła z tego recenzja nieoczywista, bo nie tylko o książce.

Nie zastanawiałam się długo czy dorzucać swoje trzy grosze na temat książki, o której powiedziano już chyba wszystko. Nie musiałam tego robić, bo nie kupiłam jej z zamiarem recenzowania. Zwyciężyła chęć zestawienia Toskanii widzianej oczyma sympatycznej celebrytki z własnymi wspomnieniami włoskich wakacji. Nie bez znaczenia były także piękne zdjęcia oraz sama sympatia do Ani, głównie ze względu na jej podejście do macierzyństwa.

Ogólnie jestem na TAK.
Tak dla książki
i tak dla Toskanii,
choć obie te rzeczy mają
kilka irytujących wad. 

Toskania jest przepiękna, urzekająca krajobrazami i kusząca smakami. Jeśli tylko znajdzie się odpowiednie miejsce to można nasycić nią wszystkie zmysły i naładować słoneczne baterie na długie miesiące. Uśmiecham się do wspomnień krajobrazu, który witał mnie każdego ranka. Do mgły, która zakrywała całą dolinę sprawiając, że mieszkając na wzgórzu mieliśmy poczucie przebywania we własnym prywatnym niebie.

thumb_toskania-130_1024

Serce szybciej mi bije na wspomnienie gościnności Włochów, którzy wynajmowali nam wiekowy apartament i na myśl o ich pysznym serze pecorino, który wytwarzali z mleka owiec pasących się na zboczach naszego wzgórza. Pogoń za pięknym zdjęciem alejki cyprysów czy długie poszukiwanie miejsca z dala od turystycznych szlaków, gdzie można smacznie zjeść też wydają się dziś zabawne.

thumb_toskania-283_1024

Prawda jest jednak taka, że kilkugodzinna sjesta podczas której nie mogłam nic zjeść będąc w zaawansowanej ciąży doprowadzała mnie do szału, a Niemęża zmuszała do gotowania. Również niefrasobliwość Włochów w odniesieniu do czasu, grała mi – punktualnej i ciężarnej Słowiance – na nerwach. Niełatwo było smacznie zjeść po włosku. Owszem, wszędzie mnóstwo było restauracji, ale wszystkie nastawione na turystów oferowały taką mnogość pozycji w menu, że czasem ciężko było wyłuskać te prawdziwe toskańskie smaki.

thumb_toskania-073_1024

Toskania jest cudowna, ale  bywa też trudna w obyciu. Jeśli źle się trafi to może okazać się mało przyjazną, wysuszoną słońcem ziemią, która piękna jest tylko w kadrach filmu „Listy do Julii”. Dlatego bardzo ważny jest dobry przewodnik. Dobry czyli ciekawy (zachęcający do czytania), wnikliwy (z mnóstwem precyzyjnych informacji o zwyczajach i miejscach, nie mylić ze szczegółowymi i nudnymi opisami zabytków), pobudzający wyobraźnię (nie przydługimi opisami, lecz pięknymi zdjęciami) i praktyczny.

Chciałoby się rzec, że taka właśnie jest „Toskania, że Mucha nie siada”. Prawie.

Ania Mucha napisała lekką i przyjemną w odbiorze książkę, o miejscach, które zna i kocha. Czasem powtarza się w swoich przemyśleniach, skacze po tematach, tylko muska ciekawe zagadnienia, a wszystko to buduje wrażenie rozmowy z dobrą znajomą przy pysznym espresso. Pozostaje lekki niedosyt, ale przyjemność gwarantowana.

„Toskania, że Mucha nie siada” to drogowskaz po smakach regionu Chianti i nie tylko. O smakach i ludziach traktuje wnikliwie, tylko miejsca traktuje nieco po macoszemu. Bo gdy już się przeczyta o tych wszystkich pysznościach to chciałoby się odnaleźć ich adres, np. w przypisach na końcu. Jako turysta z wielkim apetytem na smaki życia i przeciętnym portfelem nie pogardziłabym też krótkimi wzmiankami o cenach.

Po mistrzowsku książka pobudziła moją wyobraźnię obrazem. Zdjęcia jedzenia, jak i autorki są bardzo apetyczne. To pierwszy (nie)przewodnik po Toskanii, w którym nie dominują krajobrazy, choć od razu wiadomo z jaką marką samochodową współpracuje autorka. Równie otwarcie wygląda kwestia współpracy z kilkoma markami spożywczymi. Tylko idiota nie zauważy, że jakiś lisek sprytnie próbuje wodzić nasze kubki smakowe na pokuszenie, ale najwyższy czas byśmy przestali się oburzać na bliźnich, że Ci potrafią zarabiać na product placement.

Czy „Toskania…” okiem Muchy jest praktycznym przewodnikiem? Nie. Zabrakło mi chociażby danych adresowych czy zabawnej mapki kulinarnego szlaku Muchy.

Czy warto ją przeczytać? Owszem. Szczególnie leżąc pod starym toskańskim drzewem, delektując się widokiem na Monte Amiata i zastanawiając się, gdzie uroczyście zakończyć sjestę rozpieszczając swoje podniebienie pyszną ceną.

Gdybyście szukali takiego drzewa, to wiem gdzie je znaleźć 😉

Skomentuj pierwszy