Sedno afery pieluszkowej

DSC_0839

Internet zawrzał za sprawą pewnego pampersa i rozpętała się bezsensowna pyskówka o tym, co wolno, a czego nie w miejscu publicznym. Chciałam przemilczeć ten temat, ale im dłużej docierają do mnie odgłosy tej  wojny na argumenty, tym bardziej wkurza mnie brak merytorycznej dyskusji o sednie sprawy.

Wszystko zaczęło się od TEGO felietonu. Potem był jeszcze TEN głos w dyskusji Pani Amerykanki. Kto nie widział, niech czyta oba, bo ja nie chcę wspierać budowania statystyk Gazecie cytując ich fragmenty. Na słupki trzeba sobie zasłużyć dobrym dziennikarstwem, a nie tanią sensacją, bo tak właśnie oceniam wydźwięk słynnego już tekstu.

Nie odbieram racji pani Kublik, że widok „pampersa z dwójeczką” nad talerzem nie jest niczym godnym pochwały. Zgadzam się też, że restauracja nie jest najlepszym miejscem do tego typu czynności higienicznych i osobiście zrobiłabym wszystko, by takiej sytuacji uniknąć. Nie mogę jednak spokojnie przejść obok wrzucania wszystkich posiadaczy dzieci do jednego wora i oskarżania o nieodpowiedzialność i ciąganie dzieci po knajpach.

Nie znam wszystkich realiów tamtej sytuacji. Czy w toalecie był przewijak? Czy w pieluszce była dwójeczka? Czy mama zrobiła to bezrefleksyjnie czy w jej przekonaniu była to jedyna możliwość by zapewnić dziecku komfort. Wierzę jednak, że ta sytuacja nie była skierowana przeciwko innym gościom. Dlaczego zatem dziennikarka spokojnie nie zwróciła tamtej mamie uwagi o niestosowności jej zachowań? Dlaczego nie opisała komfortowych warunków panujących w toalecie tamtej restauracji? Bo przecież Restaurator na pewno pomyślał o swoich najmłodszych gościach, prawda? Hmm i tu właśnie dochodzimy do sedna, albo raczej do KUPY. Bo gówniany jest felieton, który bazuje na taniej sensacji uderzając w emocje pierwotne (bo taką właśnie jest obrzydzenie na widok kupy), a zupełnie pomija problem nieprzystosowania miejsc publicznych, w tym restauracji, do potrzeb dzieci. Mam na myśli zarówno brak przewijaków, jak i nakładek na klapy dla trochę starszych dzieci. Czy to nie jest dyskryminacja dzieci i ich rodziców? Nie sądzę, aby kilkaset złotych wydane na przewijak jest zbyt wysoką ceną za równouprawnienie, skoro nasze państwo wydaje grube miliony, by przekonać swoich obywateli, że warto się mnożyć i wspierać rozwój naturalny. Ba, nie trzeba nawet sięgać po argumenty z najwyższej półki. Wystarczy zapytać Restauratorów dlaczego z takim uśmiechem wystawiają rachunki za obiadek rodzinki z dziećmi, a tak niechętnie organizują kawałek przestrzeni, by te dzieci mogły godnie załatwić swoje potrzeby fizjologiczne? To oczywiste, że goście z dziećmi to nie tylko źródło hałasu i zamieszania, ale też źródełko solidnego zamówienia – dziecięce porcyjki, soczki, fryteczki i inne deserki to w karcie pozycje z najwyższą marżą, a jak jeszcze się trafi Tadek Niejadek, który grymasi to pozycji na rachunku przybywa. Drodzy Restauratorzy zamiast narzekać na brak kultury rodziców, stwórzcie warunki, w których będziecie mogli z czystym sumieniem zwrócić uwagę hamce czy hamowi vel. mamie / tatusiowi i przepędzić ich ze swego lokalu. Nie ma miejsca na przyjazny kąt dla rodzica z dzieckiem? To może warto uprzedzić przy rezerwacji, oznakować się przy wejściu „lokal nieprzystosowany dla dzieci”… Zaraz zaraz, ale przecież to byłoby wbrew logice i wszelkim marketingowym prawidłom. Czas się zdecydować, bo poprawność sama w sobie jest już mocno przereklamowana, a markę buduje się teraz na otwartości, jakości i dbałości o komfort gości. Wszystkich.

Oburzonym pomysłem ciągania dzieci w miejsca publiczne powiem tylko: „Wara od mojego życia!” Nie jestem wózkową. Moje dziecko, jakkolwiek wspaniałe, nie jest moim jedynym życiowym osiągnięciem. Nie jestem też Matką Polką, która poza macierzyństwem świata nie widzi. Jestem jednak młodą matką, która chce zapewnić swojemu dziecku komfort. By móc to zrobić potrzebuje życiowej równowagi, spokojnego dojrzewania do roli spełnionej mamy, rozwoju osobistego i funkcjonowania w społeczeństwie. Tak się cudownie składa, że mój udział w życiu społecznym polega również na spotkaniach z przyjaciółmi w miejscach publicznych. Po wojnie światów, która toczy się obecnie wokół tego słynnego pampersa czuję presję – wszyscy, łącznie z doświadczonymi mami, próbują mi wmówić co jest dobre dla mojego dziecka i dla mnie. Nie mam zamiaru tłumaczyć się ani ulegać presji i wychowywać dziecka na niczyją modłę. Mam wystarczająco wysokie IQ by podejmować samodzielne decyzje nie robiąc przy tym krzywdy dziecku. Wszystko jest bowiem kwestią organizacji, logistyki i wsłuchania w potrzeby Małego Człowieka.

Wracając do felietonu… To nie jest wpis przeciwko Pani Kublik, lecz przeciwko dziennikarzom, którzy próbują robić karierę wbijając kij w mrowisko i bezrefleksyjnie wydając swoje sądy. To tekst przeciwko dziennikarzom, którzy zapomnieli o zawodowej rzetelności i zgłębieniu tematu. Oraz przeciwko wszystkim krzykaczom. Ich zdaniem matki z dziećmi powinny pozamykać się w domu i przez pierwsze miesiące (a najlepiej lata) w odizolowaniu od świata wychowywać dzieci. A gdy już ich pociechy osiągną odpowiedni wiek, ni stąd ni zowąd mają pojawić się w przestrzeni publicznej i być kulturalne, ciche i nie wadzące nikomu. Ciekawi mnie tylko jak mają to zrobić? Żyjąc w domowym zaciszu dzieci nie mają szansy poznać i nauczyć się norm społecznych.

Wszyscy głośno i niezwykle solidarnie protestujemy przeciwko dyskryminacji niepełnosprawnych, by chwilę później wypychać na margines społeczny rodziców z dziećmi, którym odbiera się prawo funkcjonowania w normalnej przestrzeni publicznej i wychowywania z godnością swoich pociech. Dokładnie tak – z godnością. Bo brak higienicznego miejsca gdzie mogę przebrać i nakarmić swoje dziecko odbiera mi moje podstawowe prawa do funkcjonowania w przestrzeni publicznej. To w zestawieniu z atakami takich ludzi jak Pani K. odbiera mi godność. Podobnie jak policzek wymierzony przez Panią Amerykankę, która z taką łatwością piszę o „ciąganiu dzieci po restauracjach” przytaczając przy tym przykłady o karaniu rodziców za obnażanie dzieci w miejscu publicznym. Cóż za zakłamanie! Z jednej strony zachłystujemy się niezależnością i sukcesami Amerykańskich kobiet, które wspaniale łączą karierę zawodową z macierzyństwem. Z drugiej strony odbieramy Polkom prawo do uczestniczenia w życiu publicznym. I jeszcze ta fałszywa pruderia – goła pupa niemowlaka budzi oburzenie, a seksistowskie reklamy z półnagimi modelkami są już w porządku? Nie dalej jak kilka tygodni temu byłam zniesmaczona oglądając reklamę jednego z koncernów motoryzacyjnych, który zdecydował się zaoszczędzić i wyemitować w Polsce reklamę przygotowaną pierwotnie na rynek amerykański. Mit marki z klasą legł w gruzach, a słupki – dzięki nieuzasadnionej choć pięknej goliźnie – pewnie skoczyły. Dlatego pytam czy w Stanach na widok małego niemowlaka pedofil pójdzie do toalety, a na widok nagiej kobiety z reklamy zboczeniec czy gwałciciel uda się do kościoła?

Ciężar tej całej dyskusji nie powinien tkwić w ocenie zmiany pieluszki w miejscu publicznym, lecz skupiać się na fakcie, że w otoczeniu nie stwarza się warunków, by takie czynności pielęgnacyjne przeprowadzić dyskretnie. To o tym powinni pisać dziennikarze chcący wywołać ważną dyskusję publiczną. Chyba, że chodzi tylko o rozgłos i klikalność – wówczas można Gazecie i Pani K. pogratulować pomysłu na chwytliwy tekst.

Skomentuj pierwszy